Wspomnienia Jarosława Bakowskiego

-a A+

Do naszej redakcji nadszedł list od Jarosława Bakowskiego ze wspomnieniami do rubryki „Zapomniane. Odzyskane. Polska pamięć pokoleń”. Oto co pisze.

Moja rodzina pochodzi z Chodorowa. Jesteśmy Ukraińcami-grekokatolikami. Pomimo to nasza rodzina miała ścisłe więzi krwi z Polakami. Moja prababcia ze strony mamy, Rozalia, była Polką z dużej polskiej rodziny. Dlatego język polski brzmiał u nas w domu często i dość dobrze rozmawiałem po polsku.

Siostra mojego ojca, Maria, 1915 roku urodzenia, wyszła za mąż za Polaka Władysława Ozimińskiego, o kilka lat starszego od niej. Mieszkali we Lwowie w wynajętym mieszkaniu. W czasie okupacji niemieckiej Władysław pracował w Instytucie prof. Weigla, gdzie produkowano szczepionkę przeciwtyfusową. Jednocześnie działał w podziemiu w AK, jako radiowiec. Tuż przed samym „wyzwoleniem” przez sowietów Gestapo aresztowało go podczas seansu nadawania informacji przez radiostację. Samochód niemiecki nieoczekiwanie zajechał pod dom, gdzie mieściła się radiostacja. AK-owska ochrona radiostacji na ulicy nie zdążyła nawet zawiadomić radiowców o grożącym niebezpieczeństwie. AK-owcom udało się jednak w ostatniej chwili zabrać z mieszkania ciotkę Marię. Ukrywano ją aż do nadejścia sowietów. Wiadomo było jedynie, że wujek został przez Gestapo zamordowany.

Jego rodzina – matka z córką i starszym bratem – mieszkali w Chodorowie pod różnymi adresami. Po przyjściu sowietów tego brata z dwójką małych dzieci i siostrą żony, która akurat ich odwiedziła, aresztowało NKWD. Zesłano ich na Syberię, gdzie starszy Ozimiński zginął w wypadku przy wyrębie lasu. Przy pierwszej okazji pani Ozimińska z córką repatriowały do Polski.

Jan Pateryk, na pierwszym planie, u swej córki Lusi Biłous (pod koniec lat 50. XX w.) (z archiwum autora)

Interesujący jest również los kolejnego Polaka, członka naszej rodziny, Jana Pateryka. Był mężem drugiej córki prababci Rozalii, czyli siostry mojej babci Ireny. W 1931 roku urodziła im się córka Lusia. W maju 1939 roku na gruźlicę zmarła matka Lusi. Jan Pateryk służył w Policji Państwowej. Po wtargnięciu Armii Czerwonej, został aresztowany. Jego ośmioletnią córkę Lusię na wychowanie wzięła moja babcia Irena. W tym czasie najmłodszy syn babci Ireny, Roman, był też w niewoli, ale niemieckiej. Trafił tam jako żołnierz Wojska Polskiego. Po wyzwoleniu terenów Polski w 1945 osiadł w Prudniku w Opolskiem. Tam ożenił się, tam mieszkał i zmarł.

Jak wiadomo NKWD prowadziło sprawy polskich jeńców wojennych. Jesienią 1939 roku do Chodorowa nadszedł dokument z zapytaniem o działalność tam Jana Pateryka. Nasza krewna pracowała wówczas w Radzie miasta. Zorientowała się o co chodzi i spaliła jego dokumenty. Odpowiedziała, że nie ma żadnych jego dokumentów i na tym sprawę zamknięto. W przeciwnym wypadku, zostałby jako polski policjant rozstrzelany. Tym sposobem uratowała mu życie.

Po raz drugi Jan Pateryk miał szczęście w obozie jenieckim. Na podstawie umowy Sikorski-Majski powstały polskie siły zbrojne, złożone z osadzonych w sowieckich łagrach i więzieniach. Przed wcieleniem do Wojska Polskiego należało przejść przegląd lekarski, a ze względu na stan zdrowia nie wszyscy go przechodzili. Nie miał szczęścia i Jan Pateryk, wyniszczony niewolniczą pracą. Ale tu z pomocą przyszedł mu kolega, który już miał za sobą badania. Zgłosił się po raz drugi jako Jan Pateryk i znów pomyślnie przeszedł komisję lekarską. Dzięki temu został on wcielony do armii gen. Andersa i tak po raz drugi w czasie wojny uratowano mu życie. Pozostanie w Rosji oznaczało dla niego niechybną śmierć z wycieńczenia i głodu, a dzięki koledze przeszedł z armią do Persji. Nasz krewny przeszedł przez Iran, Palestynę. Podleczono go we Włoszech. Tam pozostawał do końca wojny. Po demobilizacji wyjechał do Anglii.

Do Polski przeniósł się na początku lat 50. Ożenił się po raz drugi. Często odwiedzał córkę w Chodorowie. Lusia mieszka tam do dziś z dziećmi i wnukami. Jan Pateryk zmarł w Rozwadowie koło Stalowej Woli w 1977 roku.

Moją babcię Irenę jesienią 1939 roku i w 1945 roku wypędzono z własnego domu, nie pozwalając nawet zabrać żadnych dokumentów. Dom skonfiskowano. Babcia mieszkała u swojej siostrzenicy Lusi, którą uważała za swoją córkę. Kilkakrotnie musiała uciekać z jej domu i ukrywać się przed wysiedleniem. Ale jednak miała szczęście.

Jarosław Bakowski
Tekst ukazał się w nr 22 (362), 1 – 14 grudnia 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2021 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.