25/01/2021 11:17
autor prof. dr hab. Janusz Odziemkowski

Symboliczne i strategiczne znaczenie Lwowa

-a A+

W 1920 r. Lwów był największym miastem Galicji oraz największym węzłem komunikacyjnym i centrum logistycznym dla frontu polskiego w Galicji Wschodniej.

W mieście znajdowały się stacje zaopatrzenia, magazyny, formacje tyłowe i ośrodki szkoleniowe. Lwów miał fundamentalne znaczenie dla prowadzenia walk w obronie Galicji Wschodniej; w przypadku jego utraty nasze wojska musiałyby wycofać się za San i tam dopiero podjąć próbę konsolidacji frontu.

Dla społeczeństwa polskiego Lwów miał również ogromne znaczenie symboliczne jako centrum kultury polskiej i miasto „zawsze wierne Rzeczypospolitej”, którego ludność w 1918/19 r. na barykadach broniła swego prawa włączenia w granice odrodzonej ojczyzny.

Natomiast dla władz Rosji bolszewickiej i dowództwa Armii Czerwonej Lwów stał się w ostatniej dekadzie lipca 1920 r. miastem o znaczeniu strategicznym. Wiązało się to z nowymi planami Lenina, który podobnie jak sowieckie kierownictwo polityczne i wojskowe, był przekonany, że klęska Polski jest przesądzona. Tempo ofensywy Tuchaczewskiego nasunęło Leninowi myśl powrotu do planu rozszerzenia rewolucji na Europę, jaki załamał się w pierwszej połowie 1919 r. m. in. skutek niepowodzenia próby sowietyzacji Polski. Pewien, że upadek Warszawy jest kwestią krótkiego czasu, Lenin rzucił myśl uderzenia przez przełęcze karpackie na Węgry. Stąd Armia Czerwona miała wkroczyć do ogarniętej chaosem Austrii, Czech i być może Włoch, które – Stalin wskazywał jako kolejny cel inwazji.

Aby opanować przełęcze karpackie, trzeba było najpierw zdobyć Lwów. W naszej historiografii długo dominował pogląd, że to Stalin, pragnąc zyskać sławę zdobywcy Lwowa, zatrzymał pod tym miastem Armię Konną Siemiona Budionnego, zamiast – zgodnie z planem inwazji na Polskę opracowanym przez Borysa Szaposznikowa – wysłać ją na pomoc Tuchaczewskiemu. Przez to przyczynił się do klęski wojsk bolszewickich nad Wisłą. Dokumenty opublikowane po 1990 r. dowodzą, że Stalin i Aleksander Jegorow, dowódca sowieckiego Frontu Południowo-Zachodniego, nie postępowali samowolnie, lecz realizowali wytyczne Lenina. Kiedy Tuchaczewski domagał się przybycia Armii Konnej pod Warszawę, Lenin nakazał przeprowadzenie kolejnej mobilizacji na Białorusi aby pokryć wysokie straty poniesione przez Front Zachodni. Wyraził pewność, że Tuchaczewski poradzi sobie z dobiciem Polaków i bez Budionnego.

Mimo wspomnianego wielkiego znaczenia wojskowego, strategicznego i symbolicznego Lwowa, uwaga polityków i opinii publicznej Zachodu zwrócona była na Warszawę, stolicę Rzeczypospolitej. Nikt wówczas nie wiedział o planach Lenina rozszerzenia inwazji na kolejne kraje. Uważano że główne uderzenie bolszewików idzie na stolicę Polski, a upadek Warszawy przesądzi o losie Rzeczypospolitej i oznaczać będzie koniec wojny.

Już w pierwszej dekadzie lipca 1920 r., mieszkańcy Lwowa poczuli tchnienie nadciągającej wojny, kiedy na wezwanie Rady Obrony Państwa w Galicji przystąpiono do formowania małopolskich oddziałów Armii Ochotniczej. Centrum organizacyjnym prac dla Galicji Wschodniej był Lwów. Tu ściągało wielu ochotników z mniejszych miejscowości aby zaciągnąć się do wojska. Powstawały, szkoliły się, składały przysięgę kolejne bataliony, szwadrony, baterie, pułki ochotnicze. Przez miasto często przeciągały oddziały, a wyruszających na front żegnały tłumy publiczności. W miarę zbliżania się nieprzyjaciela rosła atmosfera zagrożenia, ale też determinacji do obrony miasta. Nie było przejawów paniki czy masowej ucieczki. Pomagano wojsku w budowie umocnień, składano dary na rzecz armii.

Bezpośrednio w obronie Lwowa stoczono dwie bitwy. Jedna miała znaczenie czysto taktyczne, ale wielki wymiar symboliczny. Był to bój pod Zadwórzem, gdzie batalion ochotniczy kpt. Bolesława Zajączkowskiego złożony głównie z inteligencji lwowskiej, uczniów, studentów, na szereg godzin zatrzymał marsz jednej z dywizji jazdy armii konnej i wyginął niemal w całości. Drugą była bitwa pod Żółtańcami. Tutaj polska 1 Dywizja Jazdy, wspierana przez piechotę, zatrzymała idące od północy uderzenie części sił Armii Konnej na Lwów.

Na położenie pod Lwowem wpływały działania na całym polskim froncie w Galicji. Należy tutaj wspomnieć o zasługach sojuszniczej armii ukraińskiej Symona Petlury. Wojska niezbyt licznego – kilkanaście tysięcy ludzi w stanie bojowym – ale wyborowego. Był to żołnierz ideowy, ochotnik, walczący z pełnym zaangażowaniem, który doczekał się wielu pochwał ze strony polskiego dowództwa wszystkich szczebli. Mimo ciężkiego odwrotu z Kijowa, dramatu opuszczenia ojczyzny i niepewności jutra, trwał przy oddziałach polskich i swoją walką wiązał znaczne siły nieprzyjaciela.

Po wyczerpującym wykładzie prof. Wojciecha Włodarkiewicza o obronie Lwowa w 1939 r. niewiele można dodać w krótkiej wypowiedzi. Ograniczę się zatem do kilku refleksji. Nasze dowództwo nie przewidywało aby Lwów miał stać się miastem frontowym. Niemiecka taktyka „wojny błyskawicznej” była zaskoczeniem dla Polski i dla całego świata. Przygotowania do obrony miasta zaczęto prowadzić na krótko przed dotarciem do Lwowa oddziałów 1 Dywizji Górskiej. Mimo to zdołano zorganizować obronę improwizowaną, ale na tyle silną, że potrafiła zatrzymać niemieckie uderzenie. W warunkach panowania Luftwaffe w powietrzu dużym sukcesem strony polskiej było przerzucenie koleją z Grodzieńszczyzny do Lwowa trzech pułków piechoty. Pod koniec walk o Lwów siły obrony miasta stanowiły równowartość niemal trzech dywizji piechoty, słabo jednak wyposażonych w artylerię i broń przeciwpancerną.

Gen. Władysław Langner dowodził obroną poprawnie, ale właśnie tylko poprawnie. Nie popełniał rażących błędów, ale widoczny jest brak należytej koordynacji działań, nadmierna skłonność do rozdrabniania sił, które lepiej użyte, mimo braków w wyposażeniu mogłyby pokusić się o rozbicie oddziału wydzielonego 1 Dywizji Górskiej, lub przynajmniej zmuszenia go do wycofania się spod miasta. Natomiast nie krytykowałbym go za poddanie miasta, mimo że mogło bronić się jeszcze kilka dni przed oddziałami Armii Czerwonej. Obrona prowadziłaby do zniszczeń i wielu ofiar wśród mieszkańców, nie miała natomiast żądnego znaczenia dla przebiegu wojny

Kiedy Langner przedostał się na Zachód, nie postawiono mu żadnych zarzutów, ale też nie powierzono żadnego dowództwa. I to chyba wystarczające podsumowanie oceny jego dowodzenia we Lwowie.

Nie mogę natomiast zrozumieć postawy wielu oficerów obrony Lwowa, zwłaszcza weteranów wojny polsko-bolszewickiej, którzy bezkrytycznie zaufali sowieckim obietnicom. Zupełnie jakby pierwszy raz zetknęli się z bolszewizmem i jego metodami. Moim zdaniem od początku sowieci nie zamierzali dotrzymywać obietnic zawartych w umowie kapitulacyjnej. Kadra oficerska była traktowana przez nich jako element szczególnie wrogi i niebezpieczny. Niestety, za naiwność – poprzestanę na tym określeniu, chociaż ciśnie się na usta słowo mocniejsze – wielu oficerów polskich zapłaciło cenę najwyższą.

prof. dr hab. Janusz Odziemkowski
Tekst ukazał się w nr 25 (365), numer specjalny

Całą dyskusję można obejrzeć tu: