Mikulińce – wioska z kościołem godnym królów

-a A+

Pomimo licznych i, nie przesadzając, unikatowych zabytkowych rodzynków miejscowość Mikulińce na trasie Tarnopol–Trembowla trudno jest nazwać „turystyczną Mekką”. Na Ukrainie miejscowość ta znana jest chyba głównie dzięki warzonemu tu piwu. Jednak odwiedzić Mikulińce powinien każdy szanujący się turysta.

Kto był tu jeden raz – na pewno znów powróci. Ten artykuł jest przede wszystkim dla potencjalnych turystów…

Krótka informacja historyczna
Mikulińce, pierwotnie Mikulin, wspomina już około 1084 roku „Pouczenie dzieciom” księcia Włodzimierza Monomacha. Uważa się, że nazwa miejscowości pochodzi od świątyni pw. św. Mikołaja. W czasach książęcych Mikulin był ważnym ośrodkiem strategicznym i wielokrotnie był wspominany w kronikach. Miasto niejednokrotnie osłaniało Trembowlę od północy i kontrolowało ważny trakt handlowy z Halicza na Kijów, którym przewożono sól z Kołomyi.

W 1387 roku Galicja została włączona w skład Królestwa Polskiego i niebawem Mikulin staje się Mikulińcami. W XV wieku mają miejsce regularne najazdy Tatarów krymskich na Podole i Galicję. W celu obrony przed nieproszonymi gośćmi wznoszono liczne zamki. Tatarzy jednak wyruszali po zdobycz, a nie po to, by ginąć, omijali więc nawet niewielkie fortyfikacje.

W 1550 roku ówczesna właścicielka Mikuliniec Anna z Jordanów Sieniawska na miejscu dawnej drewniano-ziemnej fortyfikacji z czasów książęcych, również wznosi murowany zamek, co sprzyja rozwojowi miejscowości. W roku 1595 z rąk królowej Anny Jagiellonki Mikulińce otrzymują prawa miejskie i przywilej cotygodniowych targów oraz trzech jarmarków rocznie.

Fot. Dmytro Poluchowycz

W historii miejscowości i zamku warto wyróżnić rok 1675, kiedy to pod murami fortecy stanęło olbrzymie tatarsko-tureckie wojsko z paszą Ibrahimem Szyszmanem na czele. Przeciwko zastępom janczarów stanął niewielki kilkusetosobowy oddział obrońców, który mężnie przez 15 dni bronił fortecy, odbijając wszystkie próby szturmu. Wojskom osmańskim nie pomogła nawet mina podłożona pod jedną z baszt. Wybuch zadał więcej szkód napastnikom niż obrońcom. Załoga szybko naprawiła wyłom, ale sytuacja była beznadziejna, Turcy więc zaproponowali obrońcom honorową kapitulację, gwarantując bezpieczeństwo i wolność. Ledwo jednak obrońcy wyszli za bramę, Turcy wyrżnęli wszystkich mężczyzn, zaś kobiety i dzieci wzięli do niewoli.

Niebawem zamek został odbity przez wojska koronne i przekształcony w jeden z głównych bastionów obronnych Rzeczypospolitej. Po odejściu Turków z Podola w 1699 roku fortyfikacja utraciła swe znaczenie strategiczne i do drugiej połowy XVIII w. była wyłącznie rezydencją właścicieli miasteczka.

W wyniku nawały tureckiej zamek i miasteczko zostały splądrowane, a wszelkie dokumenty historyczne bezpowrotnie utracone. Przepadł też dokument nadania mu przez Annę Jagiellonkę prawa magdeburskiego. O potwierdzenie przywileju wystarała się u króla Augusta III dopiero Ludwika z Mniszków Potocka 1758 roku.

Tutaj można by postawić kropkę – o innych faktach historycznych opowiemy mówiąc o zabytkach. Dodam jedynie, że w roku 1903 miejscowość zniszczył olbrzymi pożar i Mikulińce należało odbudować prawie od zera. Stąd brak jest interesujących obiektów o dawnej architekturze cywilnej.

Zamek
Początki powstania fortyfikacji obronnej w Mikulińcach opisałem powyżej. W 1795 roku Mikulińce przejął baron Piotr Konopka, który na terenie zamku zapragnął urządzić fabrykę sukna. Aby uzyskać lepsze oświetlenie pomieszczeń produkcyjnych, strzelnice w murach zostały powiększone do rozmiarów okien. Manufaktura jednak się nie rozwinęła i fabryka niebawem została zamknięta, nie wytrzymując konkurencji z austriackimi producentami.

Po zamknięciu fabryki zamek zaczął podupadać i popadł w ruinę, która ożywiała się jedynie podczas jarmarków koni i innych zwierząt gospodarskich. Podczas II wojny światowej zamek stał się obiektem wojskowym – w czasie okupacji niemieckiej stacjonowała tu jednostka pancerna Wermachtu. Po zajęciu tych terenów przez sowietów, na zamku urządzono klinikę weterynaryjną – leczono tu ranne i chore konie wojskowe.

Wiadomo, że każdy szanujący się zamek ma swego ducha. Mikuliniecki nie jest wyjątkiem. Ludzie mówią, że pod koniec XIX wieku w jednej z oficyn zamku mieszkał kowal z piękną córką. Dziewczyna nie tylko nie ustrzegła cnoty, ale jeszcze przyniosła w podołku „prezent”. Nie wypędzono z domu ani dziecka, ani jej, jednak stałe upokorzenia ze strony ojca i docinki sąsiadów doprowadziły ją do grobu. Ponieważ dziewczyna nie była mężatką, pochowano ją w ślubnej sukni. Niebawem w ponurych murach zamku zaczęła się pojawiać postać w bieli.

Zamek mikuliniecki znany jest na Ukrainie jako jedyny zamek „zamieszkały”. W latach 20. XX w. hrabina Józefa Rejowa osadziła tu swoją ulubioną służącą Annę. Do dziś mieszka w zamku jej córka Stefania z lokatorami.

Pałac
W drugiej połowie XVIII wieku, gdy zagrożenie ze strony tureckiej ustało, nastąpiła przeprowadzka arystokratycznych właścicieli z ponurych i wilgotnych zamków do jasnych i przestronnych pałaców. Wspomniana już Ludwika Potocka również nakazała budowę nowego locum dla siebie. Pałac wybudowano obok zamku i założono przy nim piękny park. Z czasem właścicielka przekazała tę rezydencję swemu bratu, marszałkowi Galicji hrabiemu Mniszkowi.

Współczesny empirowy wygląd pałac zawdzięcza Janowi Konopce (synowi wspomnianego Piotra), który założył w nim zakład balneologiczny, korzystający z lokalnych wód siarkowo-wodorowych i glin leczniczych. Działał on do roku 1914. Ostatnim właścicielem Mikuliniec był Józef Konopka Rej (1856-1938).

Pałac szczęśliwie ominęły zniszczenia I wojny światowej. Natomiast bolszewicy, którzy zawitali do Mikuliniec w 1920 roku, ograbili pałac całkowicie i spalili prawe skrzydło. Po wojnie hrabinie Rejowej udało się naprawić zniszczenia, ale większość komnat stała nie używana, gdyż mebli i dekoracji starczyło tylko na kilka pomieszczeń.

Dziś w pałacu Konopków-Rejów działa obwodowy szpital fizjoterapeutyczny.

„Królewski” kościół
Naprzeciwko pałacu, na jednej linii z nim, wznosi się kościół pw. św. Trójcy. Właśnie pałac i kościół stanowią całość architektoniczną.

Przede wszystkim rzuca się w oczy, że jest zbyt olbrzymi i wspaniały, jak na wiejskie prawie Mikulińce. Taka budowla bardziej harmonijnie wyglądałaby pośród zabudowań Lwowa, co wcale nie dziwi, bowiem kościół wzniesiono według słynnej Hofkirche – świątyni przy pałacu króla Saksonii w Dreźnie, również pw. św. Trójcy.

Wcześniej w tym miejscu stał kościół wzniesiony przez Annę z Jordanów Sieniawską. Poświęcony był jej patronce, św. Annie. Funkcjonował niedługo i zniszczyli go Tatarzy w 1619 roku. Na jego ruinach pierwotnie wzniesiono niewielką drewnianą kapliczkę, która również została w 1675 roku spalona przez Tatarów. Po ich odejściu z Mikuliniec, kapliczkę odnowili rycerze wojujący z nawałą osmańską, którzy potrzebowali duchowego wsparcia i miejsca do modlitwy. Później, w 1718 roku, stanął tu drewniany kościół pw. św. Jana Chrzciciela.

Fot. Dmytro Poluchowycz

Współczesny kościół murowany zaczęto budować równocześnie z pałacem w 1761 roku z fundacji hrabiny Ludwiki Potockiej. Budowę nadzorował jej krewny, August Fryderyk Moszyński. Był on nie tylko krewnym, arystokratą i wysokim urzędnikiem, ale również znanym architektem i wolnomularzem. Wykształcenie otrzymał w szkole rycerskiej w Dreźnie. Właśnie wspomnienia z tego okresu nadały kształt nowej świątyni. Kamień węgielny wmurował arcybiskup lwowski Wacław Sierakowski. Jak na tak potężny projekt, budowa została ukończona niezwykle szybko i już w 1779 roku świątynia została konsekrowana.

W 1859 roku w świątyni wybuchł pożar, który całkowicie zniszczył dach. Zniszczenia jednak szybko odbudowano, ale świątynia straciła wtedy więcej niż wskutek pożaru. Między innymi, blachy starczyło jedynie na centralną część, resztę pokryto gontem. Rzecz jasna, że takie nakrycie niezbyt pasowało do „królewskiej” budowli. Do porządku wygląd kościoła doprowadzono dopiero w latach 1926-1929. Gruntowne prace restauracyjne przeprowadzono pod kierunkiem prof. Witolda Minkiewicza.

W latach powojennych kościół został zamknięty. Najpierw był tu magazyn amunicji, potem magazyn ziarna i nawozów sztucznych. Wiernym świątynię zwrócono dopiero pod koniec 1989 roku. Był wówczas w dość żałosnym stanie. Świątynię wyremontowano i według projektu architekta Zenowija Łogusza przeprowadzono częściową renowację, podczas której zmieniono nieco kształt wieży.

Przy kościele znajduje się stary cmentarz katolicki. Można tu zobaczyć wiele pięknych nagrobków w postaci katolickich świętych. Uwagę przyciąga biała kobieca postać, siedząca na tle kolumny z czerwonego piaskowca – jest to grobowiec Mieczysława, Marii i Józefy Rejów. Rzeźba przyczyniła się do powstania legendy o młodej i pięknej Marii Rejównie, która miała otruć się z powodu nieszczęśliwej miłości. W rzeczywistości Maria Rejowa przeżyła prawie 50 lat i zmarła śmiercią naturalną.

Fot. Dmytro Poluchowycz

Wszystkie wspomniane obiekty leżą na wzgórzu, które wznosi się nad Mikulińcami. W samym natomiast miasteczku zabytków brak – prawie całą zabudowę zniszczył pożar w 1903 roku. Miasteczko odbudowywano z gruzów, nie przewidując kosztów na zbędne ozdoby.

Wytrawny turysta wędrówkę po Mikulińcach zakończy na browarze, zbudowanym przez hrabiego Mieczysława Reja, co czyni go jednym z najstarszych na Ukrainie. Gmach główny browaru wygląda jak pałac z bajki i też jest zabytkiem. Trafić na teren browaru jest dość trudno, wobec tego pozostaje zadowolić się obejrzeniem bramy głównej – również z czasów hrabiowskich – i odwiedzinami firmowego sklepu, umieszczonego obok.

Dmytro Poluchowycz
Tekst ukazał się w nr 15-16 (331-332), 30 sierpnia – 16 września 2019

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2021 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.