Stanisławów profesora Jerzego Hickiewicza

-a A+

Rozmowa Jarosława Krasnodębskiego z profesorem elektrotechniki Jerzym Hickiewiczem, który przed wojną mieszkał w Stanisławowie.

Panie profesorze, od kilku lat wraca Pan do swojego rodzinnego miasta Stanisławowa, jakie to uczucie móc spacerować po jego dawnych uliczkach?
To jest dość specyficzne uczucie, bo z jednej strony wraca się do dzieciństwa, z drugiej strony, to już inny czas. Ale gdy tam jestem przychodzi mi myśl, że się w tym mieście nie zgubie. Mogę po prostu sobie swobodnie chodzić. Z przyjemnością patrzę na osiągnięcia i pozytywne zmiany, jakie wprowadzane są w Stanisławowie (ob. Iwano-Frankiwsk). Szczególne wrażenie robi na mnie dawna ulica Lipowa, czyli obecnie Szewczenki, która została zamieniona w piękny deptak, kończący się parkiem. Jest to naprawdę wyjątkowy trakt. Proszę popatrzeć, że z rynku możemy przejść takimi uliczkami, które są wyłączone z ruchu kołowego, na tę ulicę Lipową i dojść do końca parku. To ponad dwa kilometry spaceru, po wydzielonym miejscu w centrum Stanisławowa.

Czy ten park, o którym Pan wspomina, wiąże się w jakiś sposób z dzieciństwem?
Niewątpliwie. Do tego parku chodziłem z moją mamą, z Tadzikiem Olszańskim i ciotką Katinką. Pamiętam te alejki, w głębi parku była altanka i zegar kwiatowy. Na ogół szliśmy ulicą Lipową, a wracaliśmy Zosiną Wolą, albo odwrotnie. Wtedy ten park był mniejszy, a obecnie jest połączony z dawną siedzibą Romaszkana.

Kiedyś w rozmowie opowiadał Pan również z jaką fascynacją czytał przed wojną Sienkiewicza w parku.
Tak, to się łączy z parkiem i przylegającą do niego dzielnicą. Przy ulicy Matejki mieszkała rodzina Ziobrowskich, do której chodziłem z ciotką Aliną Bonczarską w odwiedziny rówieśnika Mariana Ziobrowskiego. Czytaliśmy tam wspólnie Trylogię Sienkiewicza, w dość specyficzny sposób. Jeden z nas czytał ją od środka, a drugi od końca. Wychwytywaliśmy z niej najważniejsze momenty, rozmaite wojny, opisy walki, potyczki, odrzucaliśmy z kolei nieinteresujące nas wtedy zupełnie niepotrzebne opisy przyrody. W parku natomiast, gdzie była dość wolno rosnąca gruszka, siadaliśmy na niej, i opowiadaliśmy sobie nawzajem co przeczytaliśmy. Te opowieści trochę się nam w czasie mieszały, ale za to przerzucaliśmy dość szybko kolejne karty Trylogii. Książka była wtedy jedynym właściwie nośnikiem z jakiego się korzystało, gdy nie było Internetu i telewizji.

Myślę, że to czytanie Sienkiewicza, to chyba nie był przypadek. Niemal każdy wiedział o tym fakcie, że autor Trylogii umieścił w powieści pogrzeb Wołodyjowskiego w kolegiacie stanisławowskiej.
Myśmy dowiedzieli się o tym właśnie czytając Trylogię. Byliśmy z tego dumni i głęboko przekonani, że tak jest naprawdę. Mimo wszystko, to mi sprawiało pewien kłopot, bo ja byłem ministrantem kościoła ormiańskiego, a jeden z moich szkolnych kolegów Edzio Kucharz był ministrantem w kolegiacie. Dochodziło często do tego, że toczyliśmy walki między sobą o wyższość służenia w jednym z tych kościołów. Historia pogrzebu Wołodyjowskiego pozbawiała mnie zupełnie argumentów podczas tych walk.

Tak, z pewnością, duma musiała rozpierać adwersarza. Ale przy okazji nawiązał Pan też do ważnego tematu, jakim było życie religijne. Kościół ormiański odgrywał w tym ważną rolę.
Był to kościół bardzo znaczący. Dlatego, że ta grupa Ormian, choć nieliczna już przed wojną, złożona z kupców, farmaceutów, miała duże zasługi patriotyczne. Z domu wyniosłem też rodzinną atmosferę przychylności dla Ormian, którzy byli wykształceni i propolscy. Kościół ormiańsko-katolicki był barokowy, bogato zdobiony, z dużą ilością wotów dziękczynnych, do tego taki ciepły w środku. Po zmianach, jakie zaszły obecnie, kościół ten ogromnie stracił na swoim wyrazie. Wtedy był bardzo ładny.

Dodam, że w czasie wojny kościoły odgrywały w ogóle ogromną rolę. Były to jedyne miejsca, gdzie ludzie mogli się zbierać. Mimo obostrzeń i godzin policyjnych w dniach uroczystych śpiewano „Boże coś Polskę”. Wszyscy patrzyli wtedy na siebie, czy nas nie zaaresztują. Kościół kojarzył się nie tylko z religią ale i z patriotyzmem. To było miejsce, gdzie mogliśmy mówić po polsku. Wydaje mi się, że w tym zakątku Polski, gdzie leżał Stanisławów okres wojny był wyjątkowo ciężki. Po pierwsze jego położenie sprawiło, że świat tak jakby o nim zapomniał, można było robić tam, co się chciało. Po drugie, do tych wydarzeń związanych z władzą sowiecką i niemiecką, dołożyła się powódź, która spowodowała ogromną biedę.

Wracając do okresu przedwojennego, chciałbym dopytać jeszcze o życie religijne. Pan, mieszkając w centrum Stanisławowa, na pewno też miał okazję dużo zobaczyć, jak rozmaicie wyglądały święta religijne. Jak Pan dzisiaj wspomina tę różnorodność, która była zarazem w jakiś sposób jednością?
Może nie była to jedność. Po prostu z mojej perspektywy działo się coś innego, inne tradycje religijne były czymś naturalnym. Po drugiej stronie ulicy naszego domu mieszkali Żydzi ortodoksyjni, którzy mieli swoje specyficzne stroje, brody, lisie czapki, w sobotę obchodzili szabat. Z kolei drugim takim ważnym wydarzeniem było święto Jordan, gdy święcono wodę. Na placu pod katedrą zimą stały zbiorniki z wodą. Trochę mnie to śmieszyło, jak tłum pchał się po tę wodę, a niektórzy nawet wlatywali do tych baniaków. Wszystko to się odbywało ze wzajemną tolerancją, czasami tylko jedni z drugich się podśmiewywali. Ale jak były większe święta religijne i organizowano procesję, to z księdzem ministranci do cerkwi grecko-katolickiej jechali i odwrotnie byli zapraszani do nas. Pamiętam, że kiedyś siedziałem z tyłu w dorożce wysłany z księdzem na jakąś uroczystość.

Modernistyczna kamienica, w której mieszkała rodzina Hickiewiczów (fot. Andrzej Leusz)

Przypomnijmy, że Pana mieszkanie położone było przy ulicy Sobieskiego (obecnie Siczowych Strzelców), dziś naprzeciw niego stoi budynek, w którym mieści się siedziba Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego, jak Pan to odbiera, czy to jakieś zrządzenie losu?
To rzeczywiście dla mnie jest naprawdę przedziwne. Tam w tym miejscu przed wojną był kawałek pola, zagospodarowany chyba przez jakieś przedsiębiorstwo ogrodnicze, ogrodzone parkanem od ulicy. A teraz stoi dom, w którym jest Centrum. Przez okno często wyglądałem w tamtą stronę, stojąc w wykuszu, który był dobrym punktem obserwacyjnym. Teraz coś takiego wspaniałego powstało. To jest dla mnie szczególny zbieg okoliczności. Kiedyś jak stałem na ganku od strony Centrum, robiłem zdjęcie mieszkaniu, to młody człowiek, który przechodził zapytał mnie co tu robię, nie mógł uwierzyć, że kiedyś mieszkałem obok w kamienicy.

Równoległą ulicą do Sobieskiego była Sapieżyńska, najbardziej reprezentacyjna w Stanisławowie. Zastanawiam się, czy dla Pana, jako wtedy młodego chłopaka, była to chyba nie lada przyjemność mieszkać w takim miejscu? Jak Pan dzisiaj na to patrzy, czy docenia to z perspektywy tylu lat?
Trudno mi powiedzieć. Nie brałem tego tak pod uwagę, przyjmowałem, to za coś naturalnego. Z tym, że wtedy mieszkanie w centrum miasta na pewno nie było tak kłopotliwie, jak obecnie. Nie narzekaliśmy na ruch, nie doskwierał nam hałas i spaliny. To mieszkanie, można powiedzieć, było równie komfortowe jak dziś w oddaleniu od ruchu samochodowego. Wygoda polegała na tym, że wszędzie miałem blisko, do sklepów, teatru, kina. Była to też część dobrze oświetlona w porównaniu z przedmieściami. Jedynie dorożki robiły większy hałas – do dziś pamiętam to charakterystyczne kląskanie koni z ulicy Sapieżyńskiej.

Temat Sapieżyńskiej często się pojawia w rozmowach z dawnymi mieszkańcami Stanisławowa. Może mógłby Pan opisać tę ulicę swoimi oczami z lat młodzieńczych.
Ulica Sapieżyńska z jednej strony miała narożny budynek, z ładną kopułą na górze. Tam był sklep karlsbadzki z kryształami, naprzeciwko niego kasyno, a w środku apteka Ormianina Armatysa. Dalej między kamienicami położny był mały drewniany domek. W tym sklepiku można było kupić słodycze, pomarańcze i cytryny, w środku też pięknie pachniał. Idąc w tę stronę zawsze ciągnąłem mamę albo ciotkę, żeby coś dobrego mi kupiły. Dalej mieściła się księgarnia Jasielskiego, chodziliśmy do niej po książki. Pamiętam tego właściciela, starszy, siwy pan, który prowadził zasłużoną księgarnię. Teraz, niedawno, mgr Piotr Rataj, z którym współpracuję, znalazł w archiwach lwowskich książki wydawane w tej księgarni. Proszę uwierzyć, że jedna z najstarszych elektrotechnicznych książek została wydana nakładem Jasielskiego, a została napisana przez nauczyciela gimnazjum w Stanisławowie. Z pięknymi obrazkami maszyn i ciekawym opisem. Jak zobaczyłem logo księgarni Jasielskiego to zrobiło mi się ciepło.

Na Sapieżyńskiej chodziłem też do sklepu położonego między pocztą a kasynem, który prowadził Kwiatkowski, a z tyłu za nim mieścił się taki pokoik śniadaniowy. Byłem szczęśliwy, że mogłem wejść do niego z ojcem. Jeszcze była taka piękna kawiarnia Chmielewskiego, typowa, przesiąknięta zapachem kawy. W środku niej, zaraz przy wyjściu, sprzedawano ciastka, a obok stały stoliki do szybkiej konsumpcji. Za ladami i kredensami, było wejście do dalszej części, tam mieściła się prawdziwa kawiarnia, z gazetami na sztalugach i syczącym ekspresem do pachnącej kawy. Ludzie siedzieli i czytali. Potem ze zdumieniem stwierdziłem, że ta kawiarnia po wojnie przeniosła się do Opola, gdzie jeszcze funkcjonowała przez długi czas. Chmielewscy mieli tam świetne ciasta drożdżowe, tak doskonałe, niemal jak biszkopty pachnące i puszyste, oparte na przepisach ze Stanisławowa.

Dziękuję Panu za ten piękny opis Sapieżyńskiej. Na koniec chciałbym poruszyć może dla Pana trudny temat, który dotyczy bezpośrednio Czarnego Lasu, gdzie Niemcy zamordowali Pana ojca w 1941 roku. To miejsce stanowi dziś bowiem dobry przykład dbania o pamięć przez Polaków i Ukraińców.
Należy zaznaczyć, że na początku nie wiedzieliśmy gdzie zamordowano polską inteligencję, czy aby nie została wywieziona do jakichś obozów. Potem jak już ustalono, że zamordowano ją w Czarnym Lesie pod Stanisławowem, to zaczęto powoli utrwalać pamięć o tym wydarzeniu. Najpierw, przez grupę Polaków i firmę Energopol, powstał pierwszy skromny pomnik. W końcu, po wielu latach, kiedy miały miejsce uroczystości 70-lecia tej tragedii, przyjechaliśmy i zastaliśmy Czarny Las w zupełnie innej odsłonie. Uważam, że niezależnie od poświęcenia i pomocy małżeństwa Czaszczinów i śp. Lucyny Kubickiej z Towarzystwa Kultury Polskiej Przyjaźń, swój wkład w powstanie cmentarza miał gubernator iwanofrankiwskiej Obwodowej Administracji Państwowej Mychajło Wyszywaniuk, który udzielał bezpośredniej pomocy w pracach. Na otwarciu powiedział znamienne dla mnie słowa: „Na cmentarzu się nie przemawia, na cmentarzu się modli, ale to jest wyjątkowy pogrzeb, bo tutaj w 1941 roku zamordowano polską inteligencję”. Dla nas, potomków stanisławowian, jest ogromnie ważny właśnie taki stosunek i współpraca ukraińskich władz administracyjnych.

I tym pozytywnym akcentem chciałbym zakończyć rozmowę. Bardzo dziękuję Panu za to spotkanie.

Rozmawiał Jarosław Krasnodębski
Tekst ukazał się w nr 21 (361), 16 – 30 listopada 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2021 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.