16/02/2021 13:38
autor Krzysztof Szymański

Howhannes Tumanian, „Bajki”

-a A+

Do tej pory na łamach Kuriera Galicyjskiego ukazywały się recenzje z „poważnych” publikacji: książki historyczne, przewodniki czy życiorysy znanych osobistości. Dziś proponujemy naszym Czytelnikom coś lżejszego – „Bajki” ormiańskiego pisarza Howhannesa Tumaniana.

Tylko na pozór jest to kolejna książeczka z bajkami dla dzieci jednego z narodów świata. Inicjator jej powstania diakon lwowskiego kościoła ormiańskiego ks. Armen Akobian przygotował prawdziwy rarytas – bogato ilustrowaną książkę, przedstawiającą twórczość autora w dwóch językach – w oryginale ormiańskim i po polsku. W pewnym sensie jest to wspaniały podręcznik do nauki obu języków zarówno dla Polaków, jak i dla Ormian. W stopce redakcyjnej widzimy znane nazwiska: tłumacza Aliny Wozijan i korektora Czesławy Żaczek. Obie panie związane są z naszą redakcją. Postać Stanisława Panteluka, redaktora Dziennika Kijowskiego, który zajął się redakcją przekładu, przedstawiać naszym Czytelnikom również nie trzeba.

Nie lada zadanie miała, zabierając się do tłumaczenia bajek, nasza redakcyjna koleżanka Alina Wozijan. Nie znając ormiańskiego na odpowiednim poziomie, musiała oprzeć się na rosyjskich i wykonanym jednocześnie z polskim ukraińskim przekładach bajek Tumaniana. Treść każdego zdania dokładnie konsultowała z nosicielami języka ormiańskiego. W okresie ZSRR literatura dla dzieci narodów wszystkich republik związkowych była tłumaczona na język rosyjski i jest kilka dobrych przekładów twórczości Howhannesa Tumaniana. Oparła się na najbardziej udanym przekładzie rosyjskim, który zaakceptowany został przez samych Ormian. Po tygodniach żmudnej pracy dostają Państwo do rąk wspaniałą pierwszą polską wersję przekładu bajek, z której zadowoleni będą zarówno rodzice, jak i dzieci.

Howhannes Tumanian – ormiański poeta i tłumacz. Urodził się w rodzinie księdza w 1869 roku. Zaczął pisać w połowie lat 80. XIX wieku, współpracując z ormiańskimi gazetami i czasopismami. Wraz z wydaniem pierwszych zbiorów wierszy jego poezja zyskała publiczne uznanie. W swojej twórczości inspirował się ormiańskim folklorem i legendami. Po 1900 r. Tumanian poświęcił się również literaturze dziecięcej. Przełom XIX i XX wieku uznany jest za dojrzały okres w twórczości Tumaniana, na co wskazują jego dzieła. Z jego inicjatywy w Tbilisi powstało koło literackie „Wernatun” („Poddasze”), do którego przystąpili czołowi pisarze ormiańscy.

Jak we wszystkich bajkach z morałem, pisarz w swoich utworach osądza lenistwo i wyniosłość, skąpstwo i chciwość, złość i kłamstwo. Wychwala natomiast pracowitość i uczciwość, mądrość i rozwagę, dobroć i moralność.

Wspominając lata swego dzieciństwa, ks. diakon Armen Akobian tak opisuje swój kontakt z bajkami Tumaniana:

– Gdy powracam do lektury baśni Howhannesa Tumaniana, znów widzę jasną twarz matki, która siedzi rozmarzona przy łóżeczku i czyta. W wyobraźni swojej rzeczywiście słyszę beczenie owiec powracających z górskich pastwisk, odgłos fujarki zakochanego pastucha, żarty i śmiech dziewcząt powracających od źródła z dzbankami napełnionymi wodą, bicie dzwonu, grzechotanie kołyszącej się kadzielnicy i czuję wonny dym kadzidła… Widzę pola i sady Armenii, góry i lasy, gdzie po nocach gromadzą się wróżki i opowiadają sobie baśnie… Utwory Tumaniana spływają jak miód, szumią jak górski strumyk, są czyste jak wody jeziora Sewan. Pachną świeżo upieczonym lawaszem i smakują jak słodkie ormiańskie ciastka – gata.

Podobne skojarzenia ma chyba każdy, wspominając swoje dzieciństwo i bajki czytane przez mamę. Teraz będą mogli państwo zapoznać się z tymi wspaniałymi bajkami ormiańskimi w polskim przekładzie i poczytać je przed snem swoim pociechom.

Dwujęzyczną – po ormiańsku i po polsku – bogato ilustrowaną książkę bajek można kupić tylko we Lwowie, w katedrze ormiańskiej.

Krzysztof Szymański

Tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Postu jest kilka dni, które w tradycji polskiej nazywamy Zapusty. W tradycji ormiańskiej też są takie dni, które mają swoją nazwę – Barekendan. Po ormiańsku dosłownie znaczy dobre życie bądź radość życia. Niżej można przeczytać tę bajkę.

Barekendan

Byli sobie mąż i żona. Nie żyli w zgodzie, nie byli życzliwi wobec siebie. Mąż żonę wyzywał od głupich, żona mężowi wymyślała od durniów – ich kłótnia trwała w nieskończoność.

Pewnego razu kupił mąż na targu kilka pudów (dawna jednostka wagi w Rosji, 16,38 kg – przyp. tłum.) masła i ryżu, wynajął tragarza i dostarczył do domu.

Zezłościła się żona:

– Ależ z ciebie dureń! A złościsz się, gdy tak mówię. Tylko sobie pomyśl, po co nam tyle masła i ryżu? Czyżby stypę po ojcu urządzić planujesz? Czy może wesele synowi wyprawić?

– Słuchaj, żono, o jakiej stypie, o jakim weselu pleciesz? Weź i przechowaj – kupiłem to dla Barekendana.

Uspokoiła się nieco żona, zaniosła zapasy do spiżarni.

Czas leci. Żona czeka, czeka, a Barekendan nie nadchodzi. Siedzi kiedyś przed bramą i widzi: idzie ulicą człowiek, dokądś się śpieszy. Przypatrzyła mu się … i zawołała:

– Bratku, bratku! Zatrzymaj się!

Przechodzień przystanął.

– A powiedz no, bratku, czy to nie ty jesteś Barekendan?

Zrozumiał mężczyzna, że kobiecie brak piątej klepki i pomyślał sobie: „A powiem jej, że to ja… Zobaczymy, co z tego wyniknie”.

– Tak jest, siostro, jestem Barekendan. Czy chcesz mi coś powiedzieć?

– A chcę powiedzieć to, że nie najmowaliśmy się, by twoje masło i twój ryż przechowywać! Dość, że tyle czasu je przechowujemy. Czy wstydu nie masz? Dlaczego nie zabierasz?

– Nadaremnie się złościsz, siostro, właśnie przyszedłem to zabrać. Szukałem waszego domu, ledwo znalazłem.

– No to wchodź, zabieraj!

Wszedł przechodzień, zarzucił worki na plecy i szybko ruszył drogą – piętami ku temu domowi, twarzą – ku swej wsi!..

Wrócił do domu mąż tej kobiety, a ona mu powiada:

– Wiesz, był dzisiaj twój Barekendan. Wcisnęłam mu wreszcie jego zapasy!

– Jaki Barekendan, jakie zapasy?

– A masło z ryżem, które przyniosłeś. Wiesz, zobaczyłam go jak idzie ulicą, naszego domu szuka. Zawołałam go, zbeształam, kazałam zabrać ryż i masło.

– Waj! (okrzyk wyrażający ból, żal, załamanie – przyp. tłum.) Niech się rozpadnie dom twój, bezmózga kobieto! Jaką drogą poszedł?

– A-a-a, tą…

Wskoczył mąż na konia, goni Barekendana.

Idzie Barekendan drogą, wciąż się ogląda. Zobaczył galopującego jeźdźca, zrozumiał, że to mąż oszukanej kobiety go goni.

Zrównał się z nim jeździec i mówi:

– Dzień dobry, bratku!

– I ciebie niech Pan Bóg błogosławi!

– Czy nie wyprzedzał cię czasem pewien człowiek?

– A wyprzedzał.

– Czy dźwigał co na plecach?

– A owszem, niósł.

– O! Właśnie go szukam! Czy dawno to było?

– Już dużo czasu minęło.

– A czy dogonię go, jeśli konia przyśpieszę?

– Gdzież ci go dogonić?! Przecież jesteś na koniu, a on pieszo. Zanim twój koń cztery nogi przestawi – jeden, dwa, trzy, cztery… – ten człowiek o dwóch nogach szybszy będzie: raz-dwa, raz-dwa! Natychmiast cię wyprzedzi – tyle go widziano!..

– I cóż mam począć?

– Tylko jedno ci pozostaje: zsiądź z konia, ja go przypilnuję, a ty biegnij za nim o własnych nogach, może dogonisz.

Zsiadł z konia mąż głupiej kobiety, zostawił go przechodniowi, a sam pieszo ruszył w pogoń za złodziejem. Barekendan poczekał chwilę, załadował worki na konia, wsiadł na niego i, zjechawszy z drogi, zniknął w oddali.

Biegnie drogą mąż tej głupiej, biegnie, a zrozumiawszy, że już nie dogoni złodzieja, zatrzymał się i zawrócił. Wrócił i widzi, że konia też stracił…

A w domu znów wybuchła kłótnia. Mąż dokłada żonie za masło i ryż, ona mu – za konia.

Do teraz się kłócą: mąż żonę wyzywa od głupich, żona mężowi wymyśla od durniów. Barekendan zaś słucha i się podśmiewuje.

Howhannes Tumanian